F#7 Miłość i krzyż (XX Niedziela Zwykła)


Na ile utożsamiamy chrześcijaństwo z walką… Na ile jesteśmy gotowi, by stoczyć bój z tym, co nas może odłączyć od miłości Chrystusa: utrapieniem, uciskiem czy prześladowaniem, głodem czy nagością, niebezpieczeństwem czy mieczem? Czy jesteśmy gotowi, by realnie zwiększyć naszą miłość i zaangażowanie, by zapalić nasze życie niesamowitym ogniem miłości, który daje tak wielką siłę by być jeszcze bliżej Boga… a przez to bliżej człowieka! Bo łatwo popaść w taką dychotomię: teologia lub miłosierdzie, uczony bądź duszpasterz, uczeń lub wolontariusz, zakochany w Bogu bądź zakochany w człowieku?

Nauka Ewangelii nie zamyka się jedynie w jakichś prostych rozróżnieniach. Św. Paweł pisał: nie ma już Greka albo Żyda, nie ma wolnego i niewolnego, mężczyzny i kobiety. Te podziały dają nam szanse się ukrywać za nimi, a Jezus w przedziwny, cudowny sposób przełamał nawet podział na Boga i człowieka… Zapraszam do spróbowania mówienia o Bogu i Jego nauce jak o czymś oczywistym, codziennym, swojskim, niezmiernie pasującym do życia, a nie świątecznym, sterylnym, tykanym przez białe rękawiczki… zapraszam, by mówić o Bogu w piaskownicy!

W kwestii materialnej:  relikwiarz Paschalisa I, 817-824

Czytając proroctwa Jeremiasza, w porównaniu z całością Pisma św., można powiedzieć, że powala jego pragmatyzm. Każdy prorok zakazuje uległości wobec najeźdźcy, wzywa do wierności i zaufania Bogu, który sam będzie walczył za swój lud. A tutaj wychodzi Jeremiasz i nakazuje się poddać, bo nic z oporu nie przyjdzie. Wyjątkowe, ale jak wyraźnie pokazuje, że w wierze nie ma nic z wydumanego idealizmu, zadufania we własne (choć realnie żadne) siły… Chrześcijanin, człowiek wierzący stąpa po ziemi, a Bóg jest dla niego pokarmem dnia codziennego i nasyca to życie sensem i mocą!

Gdzie zaś szukać siły do tego biegu, do zawodów, do igrzysk z życiem, by to praktyczne, doczesne, swojskie życie odzyskało głębię dzięki Bogu, który tak nas kocha i tak pragnie nas, abyśmy czuli, że żyjemy, abyśmy żyli pełną piersią. Pełnia chrześcijaństwa nie leży w śmierci, lecz w ofierze, a nie można się ofiarowywać będąc martwym. A niestety zbyt wielu młodych ludzi boi się, że muszą oddać życie lub je wykastrować przez niecieszenie się, pokutę, nieustanne umartwienie czy przymusowy celibat. Pytanie czy my na ambonie czasem nie głosimy takiego świata?

A Jezus chce ogień rzucić na naszą ziemię, w naszą duszę i nasze członki. Pragnie, byśmy przestali udawać, że wierzymy, że go kochamy, że coś robimy… I na tym ma polegać ten rozłam, nie na rozdzieleniu rzeczywistości od wiary, ale na porzuceniu tego, co jest tylko obłudą, maską, przybraną osobowością….

Dlatego warto mówić o pełni życia, pełnego barw, nie tylko ognia, który niszczy, ale ognia, który ogrzewa, daje światło i tworzy nową, silną rzeczywistość, pełną nadziei i miłości, która prowadzi człowieka prosto do nieba, bez depresji, niepotrzebnych wyrzutów sumienia i nic niewnoszących umartwień… Bóg pragnie naszego szczęścia, trzeba mu pomóc w jego wykuciu, ale on nie chce chrześcijan – przedwczesnych emerytów, życiowych tetryków, którzy wiecznie zrzędzą i nie potrafią się cieszyć… Dlatego tylu porzuca chrześcijaństwo – bo nie potrafi znaleźć nadziei u tetryków!

w-Ambona-ryba W kwestii formalnej:

Kiedyś, jak chciano ludzi motywować do dobrego, to opowiadano o piekle, straszono karą i obiecywano, że kiedyś w niebie będzie lepiej. Ludzie tak przeżywali swój świat: było im źle i potrzebowali nadziei – mogłaby być kiedyś, po śmierci, to wystarczyło. A dziś, świat jest inny – już ludzie nie czują się stłamszeni, próbują wyrwać się z mentalności niewolników, są świadomi wolności i własnej wartości. My na ambonie nie możemy im to łaskawie przyznawać, bo oni to wiedzą bez nas…

Podobnie jest z przykazaniami: ONI JE ZNAJĄ. Takie ciągłe przypominanie, że to jest grzech, albo tamto, na pewno nie pomoże ludziom w odkryciu nadziei w przesłaniu Ewangelii. Staje się regulaminem kolejnej niewoli, kolejnym kodeksem do wypełnienia. No, a oczywiście księża to policjanci i kasjerzy, co w konfesjonale wydają mandaty, a w kancelarii pobierają opłaty za przepustki do nieba…

Teraz pytanie zasadnicze: co zrobić, by ludzie słuchając kazania, oddalali się od tej wizji? Co mówić, a może czasem czego nie mówić? Na co zwracać uwagę, a czego nie podkreślać zbytnio… Bo ludzie to trochę jak dzieci, nie można zawsze mówić gołej prawdy, bo jak mówił mój proboszcz – katecheta: bezwzględna sprawiedliwość staje się niesprawiedliwością! Kiedy zbytnio wytykam faktyczne błędy mogę ranić…

Nie chodzi o to, by nie grzeszyć, ale o to, by pięknie żyć! Bogu zależy na tym, byśmy byli szczęśliwi, byśmy żyli pełną piersią… Dlatego na ambonie należy ludziom pokazywać, że życie jest szczęśliwe wtedy, kiedy realizuje Boży plan. Warto Boga pokazywać, jako dobrego Ojca, który stworzył świat, dlatego zna do niego instrukcję obsługi, którą chce się i z nami podzielić. Warto mówić o tych, którym się udało, choć musieli wiele przejść. Warto szukać w sercu człowieka wzniosłych pragnień i ukazywać wizję ich realizacji z Bogiem jako najlepszym wsparciem. Warto szukać w Bogu bardziej przyjaciela – czyli wypełnienie najgłębszych pragnień człowieka!

Chrześcijaństwo to religia dla ludzi pełnych życia, radości, miłości, odwagi… Ale my nie możemy być antytezą takiego chrześcijaństwa, symbolem powrotu do świata, w którym człowiek jest zahukanym trybikiem machiny produkcji i podporządkowania… Kościół to antycypacja świata idei, prawdziwych rzeczy, o głębszej barwie… Jeśli uwierzymy w tę baśń, na ambonie rozkwitnie ona we wspaniałe Orędzie o Bogu, który kocha obdarzając szczęściem!

transfiguratio-christi  Tydzień temu było święto Przemienienia Pańskiego, a dziś chcemy ze świata uczynić Tabor. Oczywiście zło nie zniknie dzięki wierze, ale w naszym sercu może zamieszkać nowe światło, które przezwycięży każdą Golgotę. Wystarczy Boga nie zamykać w namiocie – kościele, wybrać się z nim na spacer po moim świecie i zatracić w przyjaźni jak Henoch – a nawet śmierć przestanie być straszna i stanie się przeprowadzką do przyjaciela.