F#4 Oto stoję u drzwi (XVII Niedziela Zwykła C)


Kto otworzy i spotka się z Panem, On go nie opuści. Przyjaciel do mnie przychodzi… Bóg chce, żebyśmy Go postrzegali w taki sposób: nie jako władcę, nie jako tyrana, króla, ale właśnie jako przyjaciela… Kogoś, kto rozumie, kto nie chce zostawić samego. Kto nie chce przede mną taić swoich zamysłów! Czy jednak jestem gotów na taką zażyłość, zaufanie i ciągłe z nim przebywanie?

Konstruując homilię czy kazanie, zachęceni może przez sformułowanie Bożych Przykazań często mówimy ludziom, co jest złe, czego nie powinni robić. Ale ja od kiedy mówię kazania (czyli od ok. 5 lat), dochodzę do wniosku, że oni znają chrześcijańską moralność, wiedzą zasadniczo co jest grzechem. Ważniejsze dla nich znaleźć motywację, dla której mieliby to zachowywać i to zadanie dla nas… Dziś szukajmy pozytywnych motywacji i treści. Popatrzmy na Słowo Boże jako odpowiedź na pytanie Dlaczego?, a nie Jak?

W kwestii materialnej:  relikwiarz Paschalisa I, 817-824

Liturgia Słowa XVII Niedzieli Zwykłej w roku C rozpoczyna się od rozmowy dwóch przyjaciół: Boga i Abraham. To ciąg dalszy gościny pod dębami Mamre. Bóg nie chce Abrahama traktować protekcjonalnie, ale po partnersku. Człowiek może współpracować z Bogiem. Nie jest tylko trybikiem w mechanizmie świata stworzonego przez Boga. Człowiek słysząc o Bogu-Przyjacielu, winien poszukiwać w sobie odpowiedzi na pytanie: Jak ja go traktuje? Czy jestem tak uczciwy, jak On mnie darzy zaufaniem?

Bardzo łatwo nam dzisiaj zapomnieć, że nie jestem już niewolnikiem Boga, ale Jego dzieckiem i dziedzicem. Nawet jeśli św. Paweł pisze, że póki Pan żyje dziedzic niewiele się różni od niewolnika (por. Ga 4,1), to jednak dzisiejsze II czytanie wyraźnie mówi już o wykupie z niewoli grzechu, o skreśleniu dłużnego zapisu.

Prawo było wychowawcą w Starym Przymierzu (por. Ga 3,24n), ale od śmierci Jezusa testament i obietnica stają się rzeczywistością, zaczynamy do Boga mówić Ojcze nasz, nasze wstawiennictwo staje się skuteczne jak u Abrahama, który stargował zniszczenie Sodomy do 9 sprawiedliwych. Jaka szkoda, że nie poszedł dalej…

Przy poszukiwaniu tematu zachęcam do zajrzenia do 3. i 4. rozdziału listu do Galatów, gdyż tam znajduje się teologia uwolnienia. Przy pozytywnym motywowaniu musimy zwrócić uwagę na to, że choć jesteśmy ulubieńcami Boga, nie ma on do nas bezwzględnej słabości. Dziedzic zawsze uczy się odpowiedzialności, musi być w stanie sam wybierać, zwłaszcza bez pomocy wychowawcy. To szabat został ustanowiony dla człowieka (Mk 2,27n), człowiek winien rozumieć prawo, a nie umieć je na pamięć i bezwiednie wykonywać… Albo się nim posługiwać dla swojej korzyści! Po to mam Ducha, by On dowodził we mnie, bym szedł drogą PRAWDY, którą jest Chrystus!

Bogu zależy na mnie, Bóg to ktoś, kto poświęcił za mnie życie, bym ja go nie utracił. On wypróbował swoją miłość i przyjaźń, teraz moja kolej! Nie na to by spełniać przepisy, lecz by współpracować z Jezusem…

w-Ambona-rybaW kwestii formalnej:

By pozytywnie zmotywować odbiorców, należy się z nimi utożsamić. Pisałem już, że kaznodzieja jest pierwszym słuchaczem kazania. Łatwo jest potraktować słuchaczy jak dziecko, mówić „kazanie” niegrzecznym, dając ciągle do zrozumienia, że ja jestem ponad to, ja nie mam takich problemów.

Pamiętam z nowicjatu jak jeden ksiądz, wtedy ekonom w seminarium, mówił nam podczas dnia skupienia o miłości Boga i odpowiedzi na niej. A na końcu powiedział, że jeśli pytamy o to, czy on to wypełnia, to prosi o inny zestaw pytań!  Działało to na nas, przyszłych zakonników i księży, ale oczywiście można przesadzić nieustannie powtarzając, że ja nie dostaję do tego, co głoszę. Ludzie zdobędą wtedy fałszywe przekonanie, że nie da się, więc nie ma co się starać. Virtus stat in medium, jak głosili Rzymianie, więc i my winniśmy iść za tą zasadą.

Dobrą metodą motywacji jest korzystanie z żywotów świętych, oczywiście takich realnych, bliskich człowiekowi, historii osób, w których wierni rozpoznają swoje życie i będą mogli się nimi zachwycić. W ogóle hagiografia to najlepsze przykłady, jakie może użyć kaznodzieja…

O moralizowaniu chyba każdy słyszał na homiletyce, więc nie będę się rozwodził… Powtórzę tylko – ludzie, choć może nie powtórzą z pamięci, ale znają  Boże przykazania. Oni wiedzą, że należy chodzić do kościoła, modlić się, nie plotkować, nie przeklinać, nie kraść. Oni muszą zrozumieć, że to nie kwestia przepisu, który przecież można obejść! Na kazaniu najwięcej winno być o mojej relacji do Boga, o tym, czy Boga kocham, lubię, szanuję, czy mam świadomość, że DLA NIEGO mam być kimś dobrym. Dlatego potrzeba na kazaniu trochę wiedzy, katechezy, logicznego i teologicznego myślenia… Człowiek musi się skonfrontować z prawdą o sobie, o Bogu i o świecie. Musi się NAWRÓCIĆ, czyli zmienić myślenie…

I chyba najważniejsza kwestia w sprawie pozytywnej stymulacji (dotyczy też spowiedzi), kaznodzieja musi dać odczuć na ambonie, że kocha swoich słuchaczy, jest bezmiernie życzliwy. Dlatego każda irytacja, złośliwość, zniecierpliwienie musi być na ambonie opanowane i przynajmniej nie włączane do naszego głoszenia…

troj3800 Kiedy usiądziemy z Bogiem do stołu, jak nas zachęca do tego Rublow, zostawiając z przodu wolne miejsce, wszystko w naszym życiu się zmieni… Kiedy Bóg puka do naszego serca, to w sumie nie po to by wejść, ale byśmy wyszli do Niego i poszli z nim na spacer, na którym będziemy z nimi rozmawiać, przysłuchiwać się i zadawać pytania… Nie dajmy się wyrwać przez innych ze spraw, które należą do naszego Ojca!